niedziela, 15 kwietnia 2018

Bananowe placuszki

Od kiedy tylko pamiętam byłam miłośniczką wszelkich placuszków, naleśników i racuchów. Najlepiej jak była w nich mąka, jajka, mleko i dużo cukru. Miłość do takiego jedzenia pozostała do dzisiaj, jednak zamieniam kilka składników na inne, przez co moje potrawy wcale nie są gorsze w smaku, lecz są zdrowsze i pożywniejsze.
 
A wy lubicie placuszki? Jeśli wasza odpowiedź brzmi TAK, to zapraszam na przepis, który jest poniżej.
 
 
Bananowe placuszki 6-8 sztuk
 
Potrzebujemy:
- 1 duży dojrzały banan
- 2 łyżki ekologicznych płatków jaglanych (lub innych)
- 1 łyżka karobu (lub kakao bez cukru)
- 1 jajko
- szczypta proszku do pieczenia
- olej kokosowy
 
Przygotowanie:
Widelcem rozgniatamy banana, dosypujemy płatki jaglane, karob oraz proszek do pieczenia, a na koniec jajko. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy ze sobą. Nie przejmujcie się jeśli pozostaną większe grudki banana.
Smażymy placuszki z obu stron na patelni na rozgrzanym oleju kokosowym.
 
Dodatkowo użyłam:
orzechów, migdałów, gruszki, ekologicznego masła orzechowego z kakao.
Aby uzyskać taki efekt jak na zdjęciach, posmarowałam każdy placuszek masłem orzechowym i ułożyłam jeden na drugim. Następnie przyozdobiłam płatkami migdałów, orzechami włoskimi i plastrami słodkiej gruszki.





 
Deser, który również może być słodkim śniadaniem wyszedł fantastycznie. Jest smaczny, w miarę słodki, choć nie użyłam ani grama cukru, i mega sycący. Możecie zjeść wszystkie placuszki samemu lub podzielić się nimi z kimś. Około 8 placuszków w zupełności wystarczy na niezbyt duży posiłek dla dwóch osób. Spróbujcie sami.
Jest to posiłek z małej ilości składników (możecie dodać do nich co tylko macie w domowych szafkach kuchennych) i bardzo szybki w wykonaniu.
 
No i jak wam się podoba mój pomysł??

piątek, 13 kwietnia 2018

Co u mnie? Ósmy miesiąc ciąży

   Ósmy miesiąc mija, a ja nawet nie wiem kiedy to zleciało. Tak naprawdę ten tekst zaczęłam pisać miesiąc temu i dokładnie miesiąc zajęło mi go dokończenie i przelanie na bloga.
   Od pięciu dni jestem już na macierzyńskim. Ze względu na charakter wykonywanej pracy nie mogłabym sobie już pozwolić na bezpieczną i wygodną pracę. Odeszłam wcześniej również dla wygody, chcę odpocząć przed porodem i nacieszyć się jeszcze tym cudownym stanem, jakim jest bycie w ciąży.
   Czas tak szybko zleciał, a pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu robiłam w nocy test ciążowy, na którym ujrzałam piękne granatowe dwie kreseczki. Pamiętam też jak przez pierwszy miesiąc nie miałam zielonego pojęcia co dzieje się ze mną i z moim ciałem. Nawet nie podejrzewałam, że tak czuje się i zachowuje kobieta w ciąży, a tylko ze względu na to, że miałam także inne objawy niż standardowo opisane w książkach. Nawet silne bóle głowy nie przemówiły do mnie. Miałam szybsze bicie serca gdy tylko się zatrzymywałam. Na początku ciąży odżywiałam się jedynie czekoladą, owocami, pizzą i frytkami. Nic innego nie mogłam przełknąć i tylko po tym w miarę dobrze się czułam. Pierwsza wizyta u położnej i na wadze 7kg mniej. Szok i niedowierzanie, że na fast foodach i na słodkim jedzeniu można schudnąć.
 
   Przez dość długi okres czasu (chyba ze dwa miesiące) ledwo co dawałam radę fizycznie i psychicznie. Przesypiałam całą drogę powrotną z pracy do domu, zaczęłam miewać bardzo realistyczne koszmary senne.
   12 tydzień ciąży. Pierwsza wizyta na USG upłynęła nam na płaczu podczas samego badania jak i po, gdy powiadomiłam rodziców o ciąży. Pierwsze bicie serca jakie usłyszeliśmy (najpiękniejsza melodia dla uszu) i oglądanie maleńkiego kręgosłupa wyglądającego jak paciorki, jeszcze nie rozwiniętego mózgu w kształcie motyla, to było najpiękniejsze co mogło nam się przydarzyć.
 
   Poczułam pierwsze bąbelki w brzuchu, które zaraz po tym zamieniły się od razu w dość intensywne kopniaki. I tak intensywnie maluch kopie do dnia dzisiejszego. To cudowne uczucie, pomimo bólu, który czasem temu towarzyszy.
   Mijały kolejne wizyty i badania z tutejszą położną. Na drugim USG spędziłam ponad dwie godziny bo maleństwo ułożyło się pleckami, a lekarka nie chciała mnie wypuścić zanim nie obejrzy dokładnie małego serduszka. W tym dniu poznaliśmy także płeć dziecka: It's a BOY!!! Pani powiedziała, że ewidentnie widzi coś między nogami. To było dla nas wielkie zaskoczenie bo podejrzewaliśmy, że jednak będziemy mieć dziewczynkę. Mieliśmy przygotowane nawet imię. Okazało się, że jednak moje rodzinne geny nie są aż tak mocne (same dziewczynki i wnuczki). Zupełnie nie miałam pomysłu na chłopięce imię, na szczęście Wiktor miał pomysł, który od razu mi się spodobał. Leon, Leoś, Leo. Jak lew, jego znak zodiaku. Jest krótkie, pasujące do naszego długiego nazwiska.
 
   Niedawno zostałam wysłana na kolejne, dodatkowe USG ze względu na dość szybko rosnący mój brzuch (podobno wyszłam poza normę). Leo jest silny, zdrowy i dość duży, jak się okazało po badaniu (ale i tak wszystko mieści się w normie). Radość była przeogromna, że znów ujrzeliśmy nasze maleństwo. Jest cudowny.
   Kilka tygodni temu odwiedziliśmy szpital, w którym mam zamiar rodzić. Było to spotkanie z jedną ze szpitalnych położnych, która opowiadała nam jak to wszystko będzie wyglądało, gdzie się zgłosić, co jest dostępne, itp.  Zobaczyliśmy również dwie sale porodowe z wanną, na której mi najbardziej zależy. Wizyta była ciekawa, choć już większość tematów, które poruszała położna były mi znane.
  Wczoraj wieczorem złożyliśmy łóżeczko dla malucha i przygotowaliśmy parę innych rzeczy. Widok łóżeczka o poranku dosłownie nas rozczula. Już nie możemy się doczekać ale również lekko stresujemy się tym wszystkim.
  

   Bycie w ciąży jest cudownym przeżyciem, jeśli nie ma się jakiś większych problemów zdrowotnych. Chyba jeszcze nigdy nie byłam przez tak długi okres szczęśliwa. Każdy dzień przynosi coś nowego. Szkoda tylko, że nie udało się zrobić zdjęć "brzuszkowych" i nie będę mieć Baby Shower, na które tak bardzo liczyłam. Wszystkie te rzeczy mogłabym zrobić w Polsce, gdzie jest rodzina, znajomi. Tutaj jest to niewykonalne. Niestety do Polski nie mogę polecieć już samolotem bo niektóre linie lotnicze nie wpuszczają na pokład kobiet w zaawansowanej ciąży.
   Mam przed sobą kilka tygodni i mam zamiar odpoczywać, nadrabiać wszelkie zaległości książkowe oraz blogowe. Chcę spędzać czas na dworze i chodzić na basen, co podobno świetnie relaksuje i odprężą.
 
I tym sposobem kończę dzisiejszy post. Mam nadzieję, że nie zanudziłam was moimi ciążowymi przeżyciami.
Miłego dnia Kochani i do zobaczenia wkrótce.
 

sobota, 31 marca 2018

DIY: Wielkanocny stroik na jajka



 
Święta zaczęły się, a ja znowu nie wyrobiłam się z przedświątecznymi wpisami na blogu.
Podczas ciąży stałam się taka niezorganizowana, że aż sama źle się z tym czuję.
Przygotowania do Świąt zaczęliśmy wczoraj po pracy. Niestety zamiast świętować i odpoczywać, musieliśmy zacząć gotowanie, sprzątanie i dekorowanie mieszkania. Jednak, mimo to, że zaczęliśmy późnym wieczorem, nie przeszkodziło nam w szybkim ogarnięciu wszystkiego, a w dodatku w dobrym humorze. 



Zrobiliśmy wegetariański pasztet z soczewicy, z bloga Jadłonomi oraz dwie sałatki z jajkami. Przygotowałam również dekoracje świąteczne na stole. Resztę kończymy dzisiaj. Zaraz zabieram się za nastawienie żurku i upieczenie mazurka. A reszta, niech się dzieje!! Będzie miło, spokojnie i przyjemnie.
 
Teraz na szybciutko jeszcze przed rodzinnym obiadem mam dla was pomysł na stroik na jajka. Wykonanie go zajmie wam dosłownie 2 minuty albo nawet i mniej. A więc do roboty!
 
WIELKANOCNY STROIK NA JAJKA
 


Potrzebujecie:
 
- sznurka papierowego lub wstążki (ja użyłam kolorowego sznurka, który będzie mi pasował kolorystycznie do dekoracji na stole)
- drewnianych kulek lub starego góralskiego naszyjnika lub innych korali w dużym rozmiarze (ja wzięłam do tego drewnianych kulek, które można pomalować lub okleić)




Przygotowanie:
 
Nawlekacie na sznurek korale (mi wystarczyło tylko 6 sztuk korali), związujecie mocno końce, robicie kokardkę i przycinacie za długie końcówki sznurka.
 





 
I oto efekt końcowy. Możecie ułożyć w nim jajko lub być bardziej kreatywnym i zastosować go jako inny dekoracyjny stroik świąteczny.
Ja lecę robić mazurka a Wam Kochani życzę:
 

Wesołych oraz Radosnych
 Świąt Wielkanocnych w gronie najbliższych.
 


środa, 28 lutego 2018

Nasze wakacje w Meksyku, czyli jak odpoczywaliśmy na urlopie


Tegoroczny wyjazd do Meksyku będąc w 3 miesiącu ciąży upływał pod hasłem "relaks". Kupując bilety lotnicze kilka miesięcy wcześniej nie wiedziałam, że jestem w ciąży, więc nasze plany podróży troszkę się zmieniły. Przed wyjazdem zdecydowaliśmy się, że nie będziemy tym razem za wiele podróżować po kraju, tylko skupimy się na zregenerowaniu i uspokojeniu myśli przed nowym etapem w naszym życiu.
 
Zdecydowaliśmy się odwiedzić dobrze już nam znane miejsca, gdzie czuliśmy się dobrze i bezpiecznie. Nie wybieraliśmy żadnych nowych miejscowości, aby nie narażać się na niepotrzebny stres.
 
Odwiedziliśmy bardzo popularną miejscowość na Jukatanie Playa del Carmen, gdzie najadaliśmy się do syta. W tym miasteczku jest wiele knajp, restauracji tych tańszych i droższych oraz street food'u. Ja z tego ostatniego zrezygnowałam z wiadomych względów. Odwiedziliśmy naszą ulubioną, dość drogą i chyba najbardziej znaną restauracje Frida Kahlo. Jak zwykle nie zawiedliśmy się ani na wyglądzie, smaku potraw, ani na obsłudze lokalu.
 
Kolejną miejscowością było Tulum. Miasteczko urokliwe, niewielkie, z najpiękniejszymi plażami na półwyspie. Zakochaliśmy się w tym miejscu już podczas poprzedniego przyjazdu do Meksyku. Może nie ma za bardzo co robić w tej okolicy i jedzenie może nie jest tak fantastyczne jak w większych miastach, ale hotele i knajpeczki usytuowane przy plażach po prostu zachwycają zarówno wyglądem jak i menu. 
 
Przez cały tydzień w Tulum niesamowicie zażyliśmy relaksu. Codzienne spacery po plaży, kilkugodzinne leżenie na leżakach na słońcu i wsłuchiwanie się w muzykę natury, spowodowały nasze totalne wyciszenie się. To niesamowite, jak kilka dni w tak naturalnym i osobliwym miejscu może pozytywnie zadziałać na ludzki umysł.
Zdjęcia, które zobaczycie poniżej mówią same za siebie.
 
 

Na tych zdjęciach to jedna z pierwszych plaż zaraz obok Majańskich Ruin w Tulum. Niestety, podobnie jak na Bali, ludzie wywęszyli zarobek więc zamiast pustej plaży, którą kiedyś widzieliśmy, była już plaża pełna stolików i barów.


To ta sama plaża, ale już kawałek dalej. Było mniej ludzi i znaleźliśmy super huśtawkę, gdzie udało nam zrobić niezwykłe zdjęcia i przeżyć cudowne chwile.
 
 

Zdjęcia powyżej zrobiliśmy tego samego dnia będąc w ruinach Majów w Tulum. Jakimś cudem udało nam się pstryknąć kilka fotografii bez innych turystów. Miejsce tak magiczne i zjawiskowe jak na zdjęciach. Ja byłam zachwycona, a jak wam się podoba?
 


 A te zdjęcia zrobione były po cudownym dniu pełnym opalania się i kąpieli w słonej wodzie oraz cudownym odpoczynku na leżaczkach w Posada Margerita. Plaża jak widzicie jest rozległa i dość pusta. Więcej ludzi można spotkać tylko przy plażowych knajpach zaraz przy dużych hotelach, a poza tymi miejscami to jest tak pusto jak na tych zdjęciach. I to jest w tym wszystkim najlepsze. Można wszędzie rozłożyć się z ręcznikiem, poopalać toples i nie przejmować się innymi ludźmi.


 Na zdjęciach powyżej możecie zobaczyć znowu mnie, tym razem na tle białej, nijakiej ściany w centrum miasteczka Tulum. W tym momencie słońce było tak masakrycznie palące i było tak bardzo duszno, że butelka wody i chowanie się w cieniu było mega zbawienne.



 A oto jeszcze jedno miejsce, w którym zażywaliśmy relaksu calutki dzień.  Miejsce o nazwie Coco Tulum to bajecznie piękna knajpa na plaży. Białe meble plażowe, huśtawki i bar idealnie wpasowują się w meksykański styl plażowy. W głośnikach leci chilloutowa muzyka, kelnerzy roznoszą drinki, a wszyscy odpoczywający czują się bardzo przyjemnie. Miejscówka idealna do zdjęć i imprez o zachodzie słońca.


Powyższe fotografie to zlepek innych miejsc w Tulum. Meksyk jest krajem gdzie nie tylko jest ogrom miejsc do zwiedzania, ale także jest odskocznią od codzienności, gdzie można się odprężyć i odsapnąć. Polecam Półwysep Jukatan, szczególnie porą zimową ze względu na niższe, ale jak dla Europejczyków i tak upalne dni, przepyszne i świeże jedzenie oraz, jak dla mnie najważniejsze, nieziemskie miejsca wypoczynkowe.